Cisza i spokój. W końcu po to wyszedłem w góry. Delektować się niczym niezmąconą bezgłośnością otoczenia. Z dala od decybeli, z dala od zgiełku, z dala codziennego hałasu i chaosu miasta.

Niesiony radością, wynikłą z osiągnięcia ówcześnie zaplanowanego celu, wspinam się górskimi turniami, niczym kozica prę w górę. A tam czeka już na mnie schroniskowy mir. To tam będę mógł oczy swoje niebieskie koić pięknem otaczającego mnie krajobrazu.

Jednak coś jest nie tak. Wyczulony jak najlepsze diagnostyczne narzędzie, szósty zmysł, niczym u człowieka pająka ostrzegać zaczyna przed zbliżającym się zagrożeniem. Najpierw nieśmiało, jakby niepewnie, później coraz wyraźniej, do moich uszu docierać zaczynają wrzaski. Wpierw przytłumione i pojedyncze, po chwili godzące już, w pełnym spektrum swojej bezczelności, w uszy, odwykłe już od hałasu.

Odwracam się i dostrzegam najgorszy możliwy widok. Gorszy od stonki, szarańczy i bandy rozwścieczonych Hunów. Oto zbliża się do mnie wycieczka szkolna. Już wiem, że przepadłem. Bo cóż robić. Czy przyspieszę kroku, czy zwolnię w końcu i tak spotkamy się w schronisku.

Perspektywa upragnionego zimnego piwa, kupowanego za niebotyczną kwotę, schodzi na dalszy plan. Uśmiech z twarzy ścieka mi jak wosk z dogasającej świecy, a oczy matowieją i tracą niedawny pełen szczęścia blask.

W życiu irytuje mnie wiele rzeczy, wiele zjawisk i zdarzeń. Jednak szkolne wycieczki na szlaku bezapelacyjnie znajdują się na szczycie mojej czarnej listy. Przekrzykujący się wzajemnie, kwiat młodzieży gimnazjalno-szkolnej wdrapujący się na górskie szczyty w ramach upragnionego wyjścia krajoznawczego. Prąca w górę, zbita masa, pod przywództwem starającego się ogarnąć ludzki chaos nauczyciela. Zgroza.

Cóż począć. Zwrócić uwagę? Nawet jeżeli sugestie odnośnie ściszenia, nietkniętego jeszcze mutacją, piskliwego głosu trafią jakimś cudem do adresata, ten po prostu przemieści się kilka metrów, a potem nadal będzie oznajmiał światu, że właśnie przybył. On i jemu podobni niszczyciele spokoju.

Zapomniał wół jak cielęciem był-powiecie. Nie, nie zapomniał, po prostu się odzwyczaił. Niestety karma wraca szybciej, niż można się spodziewać i uderza ze zdwojoną mocą.
Na szczęście młodzież ucząca się na ogół przebywa w szkołach i nie naraża innych (czyt. nauczoną już, nieco starszą młodzież) na swoją obecność. A opisany przykład statystycznie powinien należeć do rzadkości. W końcu ile dni, ze szkolnego kalendarza wyznaczonych zostaje na wycieczki w góry. Niestety, gdy już do takiej eskapady dojdzie, zgodnie z prawami Murphiego, podróż szkolnej grupy, synchronizuje się z moją i spotykamy się szlaku lub w schronisku.

Podziel się
Udostępnij znajomym
Udostępnij