„W górach jest wszystko, co kocham ” - tak śpiewała Elżbieta Adamiak. Choć nie utożsamiam się całkowicie, z napisanym przez Jerzego Harasymowicza tekstem, w górach odnajduję to, czego brakuje mi w mieście. Spokój, cisze, świeże powietrze i piękne widoki. Jednak często, gdy po kilkugodzinnej wędrówce, gdy trafiam do schroniska, spotykam tam nie zawsze przyjemny gwar. Grupy turystów przekrzykujący się przy zamawianiu lub zbieraniu zamówień dla schroniskowej kuchni, rodzice uspokajający marudzące lub rozbiegane dzieci, to nie to, czego oczekuję po relaksującej wycieczce.

Jednak czy istnieje alternatywa? Zwłaszcza gdy czasem na wyjście w góry dysponuje w tym samy momencie, gdy wolne mają wszyscy inni turyści? Parę lat temu odkryłem pasujące mi rozwiązanie.
Górskie chatki. Z dala od uczęszczanych szlaków, wolne od dużych grup turystów, dostępne dla tych, którym naprawdę zależy na spokoju i ciszy. Tych, którzy w zamian, zgodzą się na wysiłek związany z dojściem trudnym i wymagającym szlakiem.
Pierwszym tego typu miejscem, do jakiego trafiłem za namową przyjaciół, była Chatka AKT (Akademickiego Klubu Turystycznego). Niewielki, drewniany domek znajdujący się w Karkonoszach, na północnej części Hutniczego Grzbietu. Położony z dala od często uczęszczanych szlaków turystycznych pozwala wręcz cofnąć się w czasie i zobaczyć jak nocowało się w górach wiele lat wstecz. Bez prądu i bieżącej wody.

Aby dojść na miejsce, na wysokość 1050 m n.p.m. trzeba znać drogę, lub kogoś, kto potrafi nas tam zaprowadzić. Trasa często skręca w niczym niewyróżniającym się miejscu i prowadzi niełatwym i stromy podejściem. Wysiłku nie umniejsza wypchany plecak. W końcu na górę trzeba dostarczyć niezbędne nam i innym gościom rzeczy. Głównie prowiant, z którego przygotowywane będą posiłki. Koszt noclegu jest niewielki i zamyka się w symbolicznej kwocie kilkunastu złotych. Idąc, prowadzącą na miejsce trasą, co jakiś czas natrafimy na namalowane na drzewach symbole domku. To one utwierdzają nas, że idziemy w dobrym kierunku.

Na miejscu wita nas chatar, opiekun obiektu. To on przedstawi nam nasze obowiązki i zwyczaje, jakie panują w chatce, jak chociażby to, że aby wejść na teren schroniska, buty należy pozostawić w na ganku. Przyniesione zaopatrzenie przekazujemy do kolektywnych zapasów, w zamian czekają nas wspólne posiłki.

W tego typu miejscu, akceptując jego zasady, przestajemy być gościem, a stajemy się członkiem małej, tymczasowej społeczności. To pomiędzy nas, przybyłych rozdzielane zostają podstawowe sprawunki. Jedni dostarczają drewno na opał, inni zajmują się wspólnym przyrządzeniem posiłku, jeszcze inni dostarczają wodę, ze znajdującej się nieopodal studni. Jeżeli zamiast, płacić chcemy koszt noclegu, odpracować możemy spróbować, uzgodnić warunki z gospodarzem.

W zamian za nasz wysiłek i spełnienie kilku obowiązków stajemy się tymczasowymi mieszkańcami, znajdującej się w górskiej głuszy chatki.

Jeżeli ktoś poszukuje ciekawych wrażeń i doświadczeń rodem z filmów przygodowych gorąco, polecam przedstawione przeze mnie rozwiązanie.

Gdzie się wybrać i jak tam dojść. To już inna historia. Najlepiej z kimś, kto wcześniej już korzystał z gościny takiego schroniska. Zanim wyjdziemy skontaktujmy się też z chatarem. Najlepiej za pośrednictwem odpowiedniego stowarzyszenia. Może to być np. Towarzystwo Bażynowe, Akademicki Klub Turystyczny lub Polski Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze.

Podziel się
Udostępnij znajomym
Udostępnij