Bajeczna opowiastka o karpnickim zamku i karpiach

Przeszłość zamku w Karpnikach nie jest znana na tyle dokładnie i pewnie, by w ciągu kolejnych stuleci nie powstawały o nim kolejne ludowe opowieści i podania. Pierwsze dokumenty wspominające twierdzę pochodzą z XIV stulecia, lecz co działo się tutaj wcześniej. Intrygującą wersję wydarzeń przedstawili w swojej książce “Legendy Karkonoszy i okolic” Urszula i Aleksander Wiąckowie.

Otóż w zamierzchłej przeszłości osada, która dała początek Karpnikom, należała do włości innego dworu w Górach Sokolich: zamku Sokolec. Ten jednak obrócił się w ruinę, kiedy nowy suweren okolicznych ziem - nieznany z rodowodu rycerz, przybyły gdzieś z dalekiej Saksonii - zbudował sobie jeszcze bardziej okazały pałac. Pan z rodzinnych stron przywiózł “karpfy”, które hodował w zamkowej fosie. Jak twierdził, były to ryby większe i smaczniejsze od szczupaków, które w niedalekich Cieplicach sprzedawali cystersi. I tak karpie trafiły na Dolny Śląsk.

Saksoński rycerz kazał karmić ryby kaszą i grochem. Karpie bardzo szybko stały się głównym daniem, którym podejmował szlachetnych gości. Prości ludzie z podzamcza - mimo że zaintrygowani nowością - powstrzymywali się od kłusowania w fosie. Decydujący wpływ na taki niecodzienny stan rzeczy miało kazanie miejscowego księdza. Duchowny w płomiennych słowach obwieścił iż owe “karpfie” Bóg stworzył li tylko dla stanu arystokratycznego oraz kapłańskiego. Chłopom, którzy skusiliby się na taki łakomy kąsek, miała grozić straszliwa, naturalna śmierć po długich męczarniach. I nie poradziłyby na to nic ani mądre zielarki, ani paktujące z samym diabłem wiedźmy.

Któregoś dnia na zamek zajechał ubogi rycerz, któremu towarzyszył wyłącznie jeden pachołek. Obdartus najniższego urodzenia, dosiadający lichego konika. Nieświadomy “zagrożeń”, głodujący chłopaczek zakradł się nocą pod zamkową fosę i zaczął łowić ryby. Złapał parę sztuk, wypatroszył, upiekł na uboczu i ze smakiem zjadł. Widzieli to okoliczni chłopi i tylko czekali, jak zuchwałego młodzika rozerwie po zjedzeniu ryb nieodpowiednich dla jego stanu. Nic takiego się nie stało. Ani kolejnego wieczora, ani następnego - zupełnie nic aż do wyjazdu pachołka i jego pana.

Ośmieleni tym faktem wieśniacy również zaczęli podkradać saksońskie “karpfie”, by wzbogacić swoją skromną, ubogą dietę. Jednak w zamkowej kuchni szybko zauważono, iż z niewiadomych przyczyn coraz trudniej złowić rybę z fosy. Podwojono więc nocne straże i już pierwszej nocy żołnierz patrolujący mury przyuważył, jak pospólstwo kradnie karpie. Rozgniewany rycerz kazał bladym świtem zapędzić wszystkich mieszkańców wsi pod zamkowe mury. Zapowiedział swoim poddanym, iż każdego rybnego kłusownika czeka nie pręgierz (jak to miało miejsce w przypadku zwierzyny leśnej) a prosta droga na szafot.

Śmiertelne groźby władcy nie okazały się wystarczające. Po kilku dniach od wprowadzenia zarządzenia na kradzieży karpi przyłapano młodego chłopaka - jedynego syna wciąż noszącej żałobę po mężu wdowy, która za marne pieniądze pracowała na zamku jako praczka. Rycerz rozkazał winowajcę natychmiast powiesić na gałęzi najwyższego drzewa przy dziedzińcu. Tak, żeby wszyscy widzieli, żeby dać surowy przykład. Nie pomogły ani rozpaczliwe błagania matki, ani gorące zapewnienia chłopaka iż był to pierwszy i ostatni raz. Wyrok wykonano publicznie, w samo południe.

W nocy pana zamku nawiedził koszmar. Przyśnił mu się młodzieniec, którego kilkanaście godzin wcześniej skazał na śmierć. Chłopak wkroczył do jego komnaty razem z matką i gigantycznym karpiem trzymanym na mocno związanym powrozie. Ryba mierzyła władcę nieprzeniknionym, przerażającym wzrokiem a nieboszczyk oświadczył, iż jego rodzina opuszcza biedne podzamcze. I zabierają ze sobą wszystkie karpie z fosy.

Przestraszony rycerz zbudził się zdjęty strachem. Kierowany niejasnym przeczuciem ubrał się i wyszedł na mury. Kiedy wychylił się z blanek, ujrzał dziwowisko jakiego jeszcze świat nie widział. Wszystkie karpie jak jeden mąż tłoczyły się na brzegu, wyskakiwały z fosy i niezdarnie odpełzały gdzieś w dal. Brak wody wcale im nie doskwierał. Szlachcic zrozumiał, że nieuchronnie traci swoją własność i największy przysmak. Próbował zatrzymać ten osobliwy pochód, rozkazywać rybom - wszystko na próżno. Wściekły z bezsilności zaczął rozdeptywać karpie, byle tylko nie pozwolić im odejść.

Wtedy ktoś złapał go za ramię - kiedy rycerz się odwrócił, ujrzał milczącego wisielca. Nieszczęsnemu skazańcowi towarzyszyła matka, a w jej załzawionych oczach odbijało się światło księżyca. Oszalały Saksończyk chciał im rozkazać, by zawrócili karpie z powrotem do fosy, ale nie zdołał tego uczynić - poślizgnął się na jednej z ryb i uderzył głową o wystający kamień.

Kiedy się obudził, zobaczył tylko ślady wędrówki niezliczonych karpi na drodze. Zataczając się z osłabienia, przesiąknięty wonią ryb i oblepiony śluzem, wrócił do sypialni. Służba obmyła swojego pana i wezwała cyrulika. Medyk rezydował w Jeleniej Górze i nie zdążył przybyć z pomocą. Rycerz zmarł po kilku godzinach w łożu, a ostatnim tchnieniem zdołał tylko wykrzyknąć “Moje karpfie!”.

Po tym nadzwyczajnym zdarzeniu wioska miała zyskać nazwę Karpniki.

Podziel się
Udostępnij znajomym
Udostępnij